DRUK

Olga Drenda
CO SIĘ STAŁO Z CYWILIZACJĄ STARYCH RAJSTOP?

PDF Abstrakt ↓

„Jeszcze dziś dajemy sobie radę z cywilizacją szamb; jeszcze jest do opanowania, w naszej polskiej skali, rozrastająca się cywilizacja starych opon, starych swetrów, starych rajstop; to wszystko jeszcze ulega spontanicznemu i niewyspecjalizowanemu przetworzeniu i wchłonięciu albo wtórnemu użyciu”1, pisał Roch Sulima w swoim znanym eseju o symbolice samochodu FSO Syrena, śledząc jego życie i śmierć, od wiernej towarzyszki (zwłaszcza) gospodarza po „cudowny rupieć” czy obiekt radosnej, rytualnej destrukcji, gdy w czasach transformacji ustrojowej do Polski masowo zawitały używane samochody z importu. Poczciwa „Skarpeta” wrastała w parkingi, zyskiwała nowe życie jako kurnik czy daszek w składzie drewna, a bywało, że płonęła lub pokrywała się graffiti – czas „płonących syren” zbiegł się z eksplozją subkulturowej aktywności młodzieży i apogeum często agresywnej ekspresji. Pod względem wizualnym, na poziomie prostych kadrów-ikon, doskonale ilustruje ten okres legenda warszawskiego klubu Fugazi, działającego przez niecały rok w budynku dawnego kina W-Z. Dla eksplozji undergroundowej kreatywności scenerii dostarczył nie tylko obiekt pozbawiony swojej pierwotnej funkcji (kino), ale też charakterystyczna dekoracja w postaci pamiątek właśnie zakończonej epoki, poddanych radosnej destrukcji. Syreny, trabanty, autobusy „ogórki” pozbawione wnętrzności i pomalowane w ekspresyjne wzory stały się ikonicznym elementem wystroju klubu i symbolem energii Polski początku dekady, którą Rafał Księżyk nazwał „dziką rzeczą”2.

Sulima spisywał swoje obserwacje w latach 90. i na przełomie mileniów. Zaznaczenie tych ram czasowych jest istotne, pozwala bowiem uważniej prześledzić ewolucję stosunku do przedmiotu i jego wtórnego wykorzystania, rozpiętą między praktyczną koniecznością, pomysłowym recyklingiem ad hoc, luksusem destrukcji czy wreszcie hobby, pożytecznym, choć niekoniecznym. Tłem, a zarazem czynnikiem modelującym tę ewolucję były sekwencje mniejszych i większych „końców świata”, które można zaznaczyć w najnowszej historii Polski – w sensie symbolicznym, społecznym, ekonomicznym, geograficznym. Reforma administracyjna i likwidacja lub redukcja licznych ośrodków przemysłowych zredefiniowała relacje między „centrum” a „peryferiami”, gdyż niegdyś istotne miejscowości straciły istotnie na znaczeniu. Jednocześnie niepewność ekonomiczna, powodowana utrzymującym się przez dłuższy czas wysokim bezrobociem i utratą stabilizacji finansowej, przedłużyła trwanie „cywilizacji starych opon i rajstop”. Opuszczone mienie państwowe, pofabryczne czy popegeerowskie, czyniło spore obszary miast i wsi „ziemią niczyją”, na którą wkraczali zbieracze złomu, majsterkowicze, kolekcjonerzy, młodzi amatorzy piwa czy grafficiarze, a wreszcie – natura. Na takich terenach przedmiotom nadawano różnego typu nowe przeznaczenie.

Granice swojego powiatu

Gdy mówimy współcześnie o „końcach świata”, „obrzeżach”, „marginesach”, łatwo o uczucie ambiwalencji czy dezorientacji pod względem czasu i przestrzeni. Zacieranie się granic, współistnienie różnych porządków, nieoczywistość to natura Polski powojennej w ogóle, a potransformacyjnej w szczególności. Od czasów PRL, za sprawą i migracji ludzkich, i ujednolicenia kultury, intensywnie zacierają się relacje między miastem a wsią, powstają enklawy wiejskości w mieście, a miejski styl życia rozgaszcza się na wsi. W XXI wieku coraz silniej w Polsce zmierzamy w stronę międzymieścia (Zwischenstadt)3, przestrzeni zacierającej granice miasta, przedmieścia i prowincji, globalności i lokalności. Wspomniany wcześniej Roch Sulima wiele uwagi poświęcał działkowaniu i ogródkom jako enklawom, które pozwalają przewartościowywać kategorie, czy wręcz zapraszają do tego. „Pracownicze Ogródki Działkowe są ostatecznie światem człowieka zdegradowanego, w tym sensie, w jakim można mówić o zepchnięciu człowieka nie tylko na peryferie cywilizacji industrialnej, ale również na peryferie świata natury. Nie może on dziś określić swojej tożsamości wyłącznie w środowisku naturalnym («wiejskość») czy w środowisku wyłącznie zurbanizowanym («miejskość»)”4 – pisze Sulima. „Wszystko się przyda” – to jedna z zasad, która zdaniem tego samego autora rządziła semiotycznym uniwersum ogródków działkowych, „przestrzeni paradoksalnej”: i miejskiej, i wiejskiej, ani w pełni należącej do świata natury, ani do kultury, ani do odpoczynku, ani do pracy, takiej, w której „industria buduje naturę”5, a nieużywane przedmioty zyskują nowe życie.

Samorzutna wynalazczość i kreatywność niejako automatycznie prowadzi skojarzenia ku wyobrażonemu, idealnemu światu wiejskiemu, gdzie nic nie miało się marnować i gdzie gospodarność stanowi postawę wzorcową. Stąd postulowana przeze mnie ostrożność w stosowaniu kuszących – i popularnych we współczesnym dyskursie – pojęć „prowincja” czy „peryferie”, każde z nich bowiem niesie ze sobą zagrożenie samospełniającej się przepowiedni umiejscowienia w jakiejś opozycji, podczas gdy rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana. „Zapamiętajmy: prowincja to środek, mój środek. Dalej: prowincja to jakieś bliskie, konkretne tu, przeciwstawione bliżej nieokreślonemu tam […] bo mieszkaniec prowincji, jeśli o czymś wie z niezmąconą pewnością, to na pewno to, że «życie jest gdzie indziej»”, pisał Sławomir Mrożek, wskazując na napięcie nostalgii i klaustrofobii, którym naznaczony jest dyskurs o prowincji – ale później dodawał, że granice tych światów bywają płynne. „Tymczasem każdy człowiek, z prowincji czy nie, jest prowincją. Obszar każdej pojedynczej świadomości jest prowincją. Gdziekolwiek człowiek by się nie znalazł, zawsze nosi ze sobą granice swego powiatu”6.

Rozszerzmy zatem nieco granice i spróbujmy popłynąć z nurtem niejednoznaczności. Pomysłowość i recykling, z konieczności czy z wyboru, to domena gospodarza, działkowicza, ale też artysty, a samorzutne działania inżynierskie, architektoniczne czy dekoratorskie tymczasem zapełniają miasta, również te największe. Dowodzą tego między innymi badania zespołu Marka Krajewskiego, zebrane później w tomie Niewidzialne miasto. Badania prowadzono w kilku miejscowościach, poszukując ich ukrytego wymiaru, niezaprogramowanego i doraźnego, przejawiającego się w amatorskich ogródkach, spontanicznych miejscach odpoczynku i spotkań, dekoracjach balkonów. Ujawniły one mapę „świata równoległego”, obecnego w podwórkach, pasażach, na nieużytkach, w trzecim krajobrazie, wypełniającego przestrzeń miejską w jej nieciągłościach, wyrwach i lukach. Podobne eksploracje „międzymiejskości” znajdujemy w twórczości artystów otwarcie przyznających się do swojej wiejskości, małomiejskości czy przynajmniej duchowej solidarności z tą ambiwalentną i często nierozumianą przestrzenią. Andrzej Tobis w swoim projekcie A-Z. Gabloty edukacyjne prezentuje opatrzone podpisem z tytułowego słownika obiekty napotkane „gdzieś w terenie”, wszędzie i nigdzie, choć pasjonaci eksploracji i wypraw są w stanie je zlokalizować. Na wsi czy w mieście, wyznacznikiem tego, czy dany obiekt trafi do Słownika, jest zazwyczaj absurd, paradoks, uparte trwanie tymczasowych rozwiązań, doraźna pomysłowość. Maciej Cholewa, pochodzący ze śląskiego Radzionkowa, podkreśla niezwykłość i bogactwo rodzinnej miejscowości, par excellence wiejsko-miejskiej, o czym świadczy naprzemienne wyłączanie miejscowości z obrębu miasta Bytom i ponowne włączanie. Fotografuje on miejscowe symbole i osobliwości, wykonuje inspirowane działkowymi, samodzielnie spawanymi ogrodzeniami furtki, wreszcie dokonuje symbolicznego połączenia Radzionkowa z morzem (jako synekdocha miasta występuje model faktycznie niegdyś istniejącego drobnicowca „Radzionków”). Niesamowitość pozornie sielskiej wiejskiej przestrzeni, ale też potencjał rozwoju wyobraźni człowieka żyjącego w relatywnej izolacji i wystawionego na przypadkowe inspiracje eksploruje Bartosz Zaskórski. Jego wystawa zorganizowana wspólnie z ojcem Tomaszem, Statek kosmiczny wielki na pół wsi, przedstawia możliwości rozwoju takiej wyobraźni i jej zaskakujące mutacje, możliwe, gdy pozostawi się jej wystarczający margines swobody, miejsce na losowe lektury z biblioteki, gry komputerowe i las. W bieżącej twórczości Zaskórskiego niesamowitość rozciąga się na szersze terytorium, o czym świadczy komiks z akcją osadzoną w alternatywnej Postapolsce. Wszystko to wizje świata, w którym najswobodniej czuje się z jednej strony człowiek „zdegradowany”, żyjący ze zbierania złomu czy wiejski outsider, a z drugiej strony flaneur czy artysta. Te kategorie ludzi dzieli status majątkowy, zakres tego, na co mogą sobie pozwolić, stopień komfortu życiowego, ale zdarza się, że spotykają się one w jednym i tym samym człowieku czy społeczności.

Życie samozaradne

„Końce świata” mogą reprezentować miejsca i nie-miejsca, ale też przejścia z jednej rzeczywistości do drugiej, cezury w życiu, prywatne apokalipsy. Takie losy reprezentują bohaterowie książki Tomasza Rakowskiego Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy – ludzie, których stabilny świat skończył się wraz z procesami prywatyzacji po 1989 roku i których bezwzględna logika wąsko rozumianej rentowności skazała na funkcjonowanie poza społeczeństwem, gdzie opierając się na samodzielności i pomocy wzajemnej, musieli organizować życie na własnych zasadach. To świętokrzyscy rolnicy, którzy w obliczu likwidacji spółdzielni skupującej dotychczas ich plony przeobrazili się w zielarzy, górnicy z Wałbrzycha, wydobywający węgiel w nielegalnych biedaszybach po zamknięciu kopalń, wreszcie zbieracze złomu – outsiderzy w jednej z najbogatszych gmin Polski (Kleszczów), mieszkający w prowizorycznych domkach na granicy wielkiej odkrywki i żyjący z materiałów znalezionych na wysypiskach kopalni Bełchatów. Rakowski, żyjąc blisko swoich bohaterów, dostrzegał w ich sposobach radzenia sobie przedsiębiorczość i zaradność (a nie zachowania patologiczne czy nieudolność, wbrew premiującemu jednowymiarowy model „człowieka sukcesu” duchowi epoki). Z konieczności stawali się doraźnymi wynalazcami, konstruktorami, odkrywcami.

Przedmioty zyskujące drugie żywoty odgrywały we wszechświatach „ludzi zdegradowanych” znaczącą rolę. Przede wszystkim bywały źródłem zarobku, jak w przypadku wałbrzyskich górników, których dramatyczne położenie przymusiło do uczestniczenia w rozbiórce dawnych miejsc pracy, aby zebrać tam złom. Przy okazji jednak odkrycia budziły w nich kolekcjonera, pasjonata i bywało, że poprzemysłowe obiekty z kopalnianych pustostanów, pamiętające jeszcze niemiecki Waldenburg, trafiały do domów górników jako prywatne skarby. Życie mieszkańców obrzeży kopalni Bełchatów przypomina z kolei typowe rozwiązania fabularne z gatunku cyberpunk, z podziałem na nowoczesne miasto czy zakład – tylko dla wybranych, i żyjących poza ich obrębem outsiderów, korzystających – i często budujących samoróbkowe sprzęty – z odpadków wyrzuconych przez „lepszy świat”. Złom z potężnego kopalnianego wysypiska, które mieszkańcy wioski nazywają giełdą, trafia do skupu surowców wtórnych, odpadki na opał, a drobny sprzęt, meble, urządzenia codziennego użytku są gromadzone w domach, a właściwie domach-światach, gdyż, jak zauważa Rakowski, w „samozaradnym” życiu zaciera się granica między domem a światem. Przedmioty zapełniają domki i wysypują się na zewnątrz, zyskując nowe przeznaczenie albo dopiero na nie czekając, jako coś, co może się przydać. „To gromadzenie, mam wrażenie staje się ważniejsze od samej potrzeby, to nakaz ciągłego korzystania z tego, co jest dookoła, zagospodarowywania”7, wyjaśnia autor. „Samozaradne” życie to nieustanny proces, poszukiwanie i przeróbka.

Głośna książka Rakowskiego przywodzi na myśl podobne zapisy życia po katastrofie, szczególnie po II wojnie światowej – na przykład relacje „warszawskich robinsonów” chroniących się w ruinach po powstaniu i organizujących tam prowizoryczną codzienność, jeden z filmów dokumentalnych Kazimierza Karabasza, w którym widzimy gospodynię noszącą wodę dla zwierząt w znalezionym niemieckim hełmie, czy studium architektury samorzutnej opublikowane przez Jana Minorskiego. Autor ten w 1963 roku przyjrzał się domom budowanym ze znalezionych materiałów na niezagospodarowanych („bezpańskich”) jeszcze terenach Warszawy. Mimo intensywnych prac nad odbudową stolica w znacznym stopniu pozostawała zrujnowana po wojnie, a zapotrzebowanie na dach nad głową było ogromne. Architektura „spontaniczna, jako wynik żywiołowego działania, konkretna, powstająca bez projektu, zmienna, taszystyczna”8, jak pisał Minorski, była rezultatem czystej potrzeby wynikającej z powojennego ubóstwa i napływu nowych mieszkańców. Tereny wiejskie przekształcały się w ten sposób w coraz rozleglejsze przedmieście, którego mieszkańcy parali się prowadzeniem drobnych warsztatów naprawczych, rękodzielniczych, świadczeniem usług, produkcją modnych wówczas dekoracji z gipsu. Taki nieistniejący już dzisiaj krajobraz wiejsko-miejskiej Warszawy, pełnej prowizorycznych chałupek otoczonych zadbanymi ogrodami, ze swoją nieokrzesaną poetyką, opisywali Miron Białoszewski czy Stanisław Swen Czachorowski.

Niejednokrotnie przenosiny na obrzeża ówczesnej Warszawy wiązały się ze zmianą stylu życia – z wiejskiego na miejski, choć mieszkańcy nie rezygnowali ze szklarni czy warzywników. „Budujący, zrywając z tradycyjnym pojęciem domu, nie czyni tego z pobudek intelektualnych. Bierze konkretnie i włącza po prostu te elementy, które są dla niego osiągalne. Zadowalając się materiałami najniższego gatunku, wysortowanymi z budownictwa planowego, zatrudniając najmniej kwalifikowaną siłę roboczą, i pomysłami miejscowego kierownika budowy z grona rodziny, nie odrzuca jednak postępu technicznego, na przykład stosowania płyt spilśnionych, intensyfikuje wykorzystanie małych przestrzeni przez pralkę elektryczną lub takie prawdziwie dodatkowe okno otwarte nie tylko na otoczenie, ale na cały świat, jakim jest aparat radiowy, a jeszcze bardziej telewizyjny. Może chłonąć i inne nowe materiały i nowe pomysły” – z życzliwością pisał o pomysłowości mieszkańców domków Minorski, dodając refleksję zbliżoną do myśli Rakowskiego: „Budowa nigdy nie jest ukończona. Zawsze jest gotowa do dalszych zmian, podziałów, dodatków”9.

Trzecia fala

Jak wspomniano na początku, okresy niejednoznaczności i zacierania się granic sprzyjały również ewolucji statusu i funkcji przedmiotu. Górnik z biedaszybu odkrywał w sobie kolekcjonera; wierna syrena FSO przeobrażała się w kurnik albo w przedmiot porzucony, służący frajdzie niszczenia. „Cywilizacja opon i starych rajstop” może mieć różne oblicza: albo czysto użytkowe, podstawowe, takie, gdzie przedmiot pełni rolę zastępczą w sytuacji ekonomicznej zapaści, ale też takie, w której przemienia się w artefakt zaradności. Opony można, niestety, wykorzystać jako dokuczliwy, trujący materiał opałowy, gdy brakuje środków na zakup opału czystszego i zgodnego z prawem. Można jednak również zrobić z nich huśtawkę dla dziecka albo dekorację ogrodową. Rajstopy mogą posłużyć za pokrowiec do zbierania resztek mydła, gdy nawet tak podstawowy towar okazuje się zbyt drogi lub gdy obowiązuje gospodarka „kartkowa”. Jednocześnie mogą przydać się ad hoc w ekspresowej naprawie samochodu, zastępując pasek klinowy, albo służyć dekoracji i zabawie, na przykład upleceniu dywanika.

Dzisiaj ten sposób życia nazywa się czasami zero waste i kojarzy się ze świadomym wyborem, motywowanemu samowystarczalnością czy dbałością o środowisko. W Stanach Zjednoczonych opisano i rozpoznano postawę świadomego konsumenta na przełomie lat 70. i 80.; sprzyjał temu ówczesny kryzys ekonomiczny, ale również budzenie się świadomości ekologicznej. Alvin Toffler w swojej książce Trzecia fala (1980), w której przedstawiał charakterystykę społeczeństwa postindustrialnego, zapowiadał przewartościowanie pracy manualnej. „Niektórzy ludzie (przynajmniej wśród warstw średnich) odnosili się z pogardą do wszelkiej pracy własnych rąk, teraz natomiast staje się ona powodem do dumy. Ludzie chlubią się pracą własnych rąk”10, wyjaśniał. Zmiana ta miała wynikać ze znużenia alienacją i automatyzacją pracy i stać się poszukiwaniem wartości dodanej, którą może zapewnić taki wysiłek (nieobowiązkowy, dobrowolny) i satysfakcja z widocznego rezultatu działań.

Nieco wcześniej, bo w 1972 roku Charles Jencks i Nathan Silver zaproponowali koncepcję, którą nazwali „adhocyzmem” (adhocism). Książka-manifest pod tym samym tytułem to pamiątka utopijnego optymizmu epoki, symbolizowanego przez Whole Earth Catalog, Buckminstera Fullera czy hipisowskie Drop City – projekty oparte na wierze w technologię w służbie świadomości ekologicznej i, w równym stopniu, w samosterowność człowieka wyzwolonego z hierarchicznych układów. Jencks i Silver proponowali rozwiązania, które Claude Lévi-Strauss nazwałby brikolażem, czyli korzystanie z aktualnie dostępnych materiałów, „radykalną demokrację i pragmatyzm”11, tworzenie czegoś z niczego.

W czasach publikacji książki, o czym nie mogli wiedzieć jej autorzy, pryncypia te wcielali już w życie beskidzcy górale, którzy samodzielnie budowali z części samochodowych i motocyklowych traktory nadające się do pracy w warunkach górskich, czego nie gwarantowały „Ursusy”. Nawet po zakończeniu swojego funkcjonowania wciąż stanowiły źródło dumy dla zaradnych konstruktorów, których sportretował Łukasz Skąpski w swoim projekcie Machines. Można zaryzykować twierdzenie, że po drugiej stronie żelaznej kurtyny rozgrywał się podobny proces; życie „samozaradne” wymuszały warunki ekonomiczne, narzucające odgórnie skromność i poleganie na pracy własnych rąk, ale stanowiła ona jednocześnie powód do dumy czy pretekst do rozwoju pasji. Zjawisko to nie dotyczyło jedynie Polski, czego dowodzi między innymi projekt Domácí umění12, poświęcony majsterkowaniu i oddolnej artystycznej kreatywności w Czechosłowacji. Majsterkowicz, praktyczna pani, działkowicz – takie style życia, choć wytworzone przez konieczność ekonomiczną, stały się częścią dobrowolnie przybieranej tożsamości człowieka gospodarnego, pomysłowego, ale również twórczego. Po 1989 roku do palety postaw wobec przedmiotu dołączył jeszcze gest luksusu, manifestacyjnej rozrzutności czy symbolicznego porzucenia, pożegnania. „Wiosna płonących syren” nieprzypadkowo nastąpiła w czasie, gdy zakup używanego samochodu zachodniego na giełdzie stał się zdecydowanie łatwiejszy i przede wszystkim – bezpośredni, bez konieczności polegania na systemie zapisów i talonów.

Wystawa w olsztyńskiej galerii BWA Dokąd odlatują łabędzie z opon (2021) dobrze pokazuje przejście od czystej praktyczności do kreatywności rodem z Trzeciej fali. Eksplorowała ona relacje między przemysłem, w tym wypadku produkcją opon (z której znany jest Olsztyn), a twórczością. Nieprzypadkowo znalazły się na niej prace artystów nawiązujących do twórczego upcyklingu surowców wtórnych albo dokumentujących takie przedsięwzięcia osób prywatnych. „ODPADKI UŻYTKOWE DODATKOWYM BOGACTWEM NARODU” – takie hasło o typowym dla swojej epoki wdzięku utrwalił w swoich Notatnikach fotograficznych Władysław Hasior. Za jego czasów zużyte opony wykorzystywano głównie do konstrukcji huśtawek czy niewysokich ogrodzeń. Dopiero nowe milenium przyniosło eksplozję kreatywności z udziałem tego budulca i do Polski – jak i szerzej, do całej Europy Środkowo-Wschodniej – zawitał ogrodowy łabędź z opony, w latach 60. symbol australijskich przedmieść i sielankowego życia dorabiającej się klasy średniej. Obecnie, oderwany od tego kontekstu, kojarzy się z naszym regionem Europy do tego stopnia, że bywa uważany za endemiczną gumową faunę. Casus łabędzia pokazuje najlepiej sploty niejednoznaczności, które towarzyszą spontanicznej, samorzutnej wynalazczości i kreatywności. Przekracza ona nie tylko granice miasta i wsi, ale i kontynentów. Poczciwy i sentymentalny cień łabędzia unosi się dzisiaj nad resztkami cywilizacji starych opon i rajstop, które zostały przekształcone w pomysłowy surowiec rękodzielniczy dla miłośników less waste.

Przypisy

1R. Sulima, Antropologia codzienności, Kraków 2000, s. 48.

2Por. R. Księżyk, Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989–1993, Wołowiec 2020; M. Podolec, Fugazi Music Club, Warszawa 2013.

3T. Sieverts, lang=”pl-PL”>Cities without Cities: An interpretation of the Zwischenstadt, London 2003, s. 49.

4Tamże, s. 24.

5Tamże, s. 26.

6S. Mrożek, Małe listy, Kraków 1982, s. 15.

7T. Rakowski, Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy, Gdańsk 2009, s. 115

8J. Minorski, Architektura samorzutna, „Architektura” 1963, nr 4, s. 114.

9Tamże.

10A. Toffler, Trzecia fala, Warszawa 1986, s. 318.

11 W.C. Holman, Adhocism, <http://objectguerilla.com/blog/2013/9/26/ad-hocism> [dostęp: 20.04.2022].

12http://www.domaciumeni.cz [dostęp: 07.10.2022].

Bibliografia

  • Holman, W.C., Adhocism, http://objectguerilla.com/blog/2013/9/26/ad-hocism [dostęp: 20.04.2022].
  • Jencks C., Sieverts N., Adhocism. A Case for Improvisation, Cambridge 2013.
  • Minorski J., Architektura samorzutna, „Architektura” 1963, nr 4, s. 113–124.
  • Mrożek S., Małe listy, Kraków 1982.
  • Niewidzialne miasto, red. M. Krajewski, Warszawa 2014.
  • Rakowski T., Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy, Gdańsk 2009.
  • Sieverts T., Cities without Cities. An interpretation of the Zwischenstadt, London 2003.
  • Sulima R., Antropologia codzienności, Kraków 2000.
  • Tobis A., A-Z. Słownik ilustrowany języka niemieckiego i polskiego, Warszawa 2014.
  • Toffler A., Trzecia fala, przeł. E. Woydyłło, Warszawa 1986.

Olga Drenda

ur. 1984, pisarka, eseistka, tłumaczka. Absolwentka etnologii i antropologii kultury UJ. Autorka książek Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacjiWyroby. Pomysłowość wokół nas (za którą otrzymała nominację do Paszportów Polityki i Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej). Prowadziła podcast o folklorystyce, Ducholożka na tropie. Zajmuje się również działalnością edukacyjną – prowadzi kurs poświęcony antropologii wizualnej na School of Form oraz estetyce wernakularnej w IHS PAN. Gościnnie wykładała na Uniwersytecie Śląskim, Universität Wien, prowadziła warsztaty m.in. dla Muzeum Sztuki w Łodzi i Uniwersytetu Gdańskiego.
Od 2013 roku prowadzi stronę Facebook.com/duchologia, poświęconą widmom epoki transformacji.